Wybory strażnika żyrandola

Drukuj

Okropny krzyk podniósł się lata temu, kiedy Donald Tusk powiedział, że nie interesuje go start w wyborach prezydenckich, bo nie chce być strażnikiem żyrandola. Teraz wszyscy liderzy partyjni (poza marginalnymi wyjątkami) potwierdzają czynami, że Tusk miał absolutną rację.

Dziś o starcie w wyborach prezydenckich poinformował Bronisław Komorowski. Jak dobrze pójdzie (z punktu widzenia PO) to wszystko zakończy się w pierwszej turze. Antoni Mężydło – poseł PO, powiedział w Polsat News, że w zasadzie na tym poletku już jest pozamiatane…

Sondaże bezlitośnie potwierdzają prawdziwość tych słów.

 

I co w tej sytuacji może zrobić opozycja?

 

Oto polski patent na udział w grze bez udziału w grze.

Można to zrobić za pomocą kandydatów… zdalnie sterowanych. Jarosław Kaczyński, polityk którego polityczne życie doświadczyło serią porażek, nie mógł pozwolić sobie na kolejną. I to tak bardzo osobistą. Wymyślił więc Andrzeja Dudę. Człowieka wzbudzającego pozytywne reakcje, współpracownika tragicznie zmarłego prezydenta – Lecha Kaczyńskiego. Duda, jako kandydat Prawa i Sprawiedliwości ma zadanie podwójnie trudne. Musi osiągnąć dobry, albo nawet bardzo dobry wynik w walce o Pałac Prezydencki, a zarazem nie może urosnąć w partii zbyt mocno. Krótko mówiąc, nie może stać się realną konkurencją dla prezesa, bo w przeciwnym wypadku spadnie jego polityczna głowa. Jest więc dziś Andrzej Duda w sytuacji niekomfortowej, musi wygrać, ale przegrać.

 

Lwica Millera

 

Magdalena Ogórek to kandydat wyciągnięty z kapelusza. Sojusz Lewicy Demokratycznej długo szukał kogoś, kto zechciałby zrobić to, czego Leszek Miller zrobić nie chciał, choć powinien. Ale stary lis polskiej polityki, który walczy o pozycję w swojej formacji dobrze wiedział, że jak wystartuje i przegra z kretesem wybory prezydenckie, to polegnie także w partii. Szukał więc i szukał i szukał… i jak już sytuacja wydawała się beznadziejna, przyszedł Leszek Aleksandrzak i rzucił – “Weźmy Magdalenę Ogórek. Młoda, ładna, ambitna, z lewicowymi poglądami i chce robić polityczną karierę”. Podobno Leszek Miller, w pierwszej chwili, nie wiedział nawet o kogo chodzi. W końcu się dowiedział. I kandydatkę zaakceptował. W SLD zawrzało, część działaczy zaprotestowała. Dziś są w partyjnym czyśćcu. A sama Magdalena Ogórek – historyk kościoła z doktoratem, jeszcze ani razu nie przemówiła własnym tekstem. Podczas prezentacji jej kandydatury, w dniu śmierci lewicowej legendy – Józefa Oleksego (cóż za koszmarne faux pas), gdy padły pytania dziennikarzy, na wszystkie odpowiedzi udzielali doświadczeni politycy, z Millerem na czele.  Na razie Ogórek notuje w sondażach niezłe, trzecie miejsce. Kiedy wpadnie na dziennikarski grill może być gorzej. Albo lepiej. Najważniejsze, że jej przegrana nie obciąży konta Leszka Millera. A przynajmniej on tak myśli…

 

Ludowy Jarubas

 

Długo wydawało się, że PSL postawi na Bronisława Komorowskiego. Nie ma bardziej idealnego kandydata dla ludowców od PBK. Ma poglądy konserwatywne, poluje, przyznaje że jego korzenie są związane z wsią i propaguje rozwój kraju oparty na poszanowaniu dla tego co tradycyjne. Ideał. Ale nie ma i nie miał legitymacji PSL-u. Taką legitymację ma za to absolutna gwiazda ludowców – Adam Jarubas. Polityk, który w samorządzie świętokrzyski dzieli i rządzi od 8 lat. Jest wiceszefem PSL. Nie szefem. Szefem, który nawet przez chwilę nie sugerował nawet, że interesuje go prezydentura jest Janusz Piechociński. Wicepremierowi i ministrowi gospodarki kandydowanie w wyborach prezydenckich w niczym pomóc nie mogło. Mogłoby za to popsuć stosunki z koalicjantem. To średnio istotne. Dużo ważniejsze jest to, że Piechociński na łonie partii, po przegranej z Komorowskim, straciłby wizerunek fightera, człowieka sukcesu. A to już koszt zbyt duży. Znalazł się więc przystojny Jarubas, który zawalczy o drugie miejsce z podobnym do niego Andrzejem Dudą.

 

Pojedynek brato/siostrobójczy

 

Nic do stracenia nie ma Janusz Palikot. Nie ma, bo już stracił większość swoich posłów, stracił gwiazdy swojej partii, stracił ogromne poparcie społeczne i wreszcie, stracił szanse na to, by odgrywać ważną rolę w polskiej polityce. Nie stracił za to, poczucia własnej wartości. Dlatego staje do walki o głosy w wyborach prezydenckich. Jaki to ma sens? Ma. Palikot chce ratować resztki popularności swojej formacji i wie, że tylko jego aktywność, przy okazji wyborów, pozwoli przypomnieć ludziom, że Palikot żyje.

Jeśli okaże się, że z ramienia Zielonych wystartuje Anna Grodzka, to będzie pojedynek brato/siostrobójczy. Ale powiedzmy to sobie szczerze – to pojedynek jedynie symboliczny. Ani Palikot, ani Grodzka nie mają cienia szans na wygraną. Za to oboje mają szansę na budowanie swojego kapitału politycznego, a mówiąc wprost pokazywanie twarzy i ogrywanie nazwiska. I taki to ma sens.

 

Krul jest nagi, Narodowy Marian

 

Na koniec deser, czyli dwaj kandydaci egzotyczni. Janusz Korwin – Mikke i Marian Kowalski. Korwin – Mikke to kombatant walk o prezydencki fotel. Zawsze z takim samym skutkiem. Cała zaleta jego uczestnictwa w tej kampanii to elementy kabaretowe, które zapewne wprowadzi lider partii KORWiN. Trudno orzec, kto, jak i kiedy zostanie zaatakowany przez europosła, ale polityk “ochrzczony” przez europejskie media “nacjonalistą” zapewne coś z siebie wyrzuci.

Kowalski wpisuje się za to w ogólną tendencje wystawiania do boju zastępowych. On też nie jest szefem Ruchu Narodowego. A zatem odium porażki nie dotknie Roberta Winnickiego. Co pan Marian zyska na tej kampanii? Personalnie nic. Będzie mógł za to głośno wygłaszać obraźliwe hasła, które towarzyszą Narodowcom w ich niewielkim i ograniczonym świecie od lat.

 

Czytaj również